Woził wilk razy kilka … a Pan go obronił i dalej wozi

MOndeo 2

Piotr i ja wyjechaliśmy na koncert. Mocsquad miał zagrać w Warszawie. Nic nie zapowiadało, że będzie to nasz najdłuższy wypad. Na autostradzie blisko Łodzi coś zaczęło się psuć w Mondeo. Natychmiast zjechaliśmy na pobocze. Zerwał się pasek od alternatora. Wezwaliśmy lawetę. Do koncertu pozostało 7 godzin. Po 90 min laweta zabrała nas do autoryzowanego serwisu. Tutaj się zaczęło. Najpierw dowiedzieliśmy się, że nasza awaria jest nietypowa i pasków nie mają! Nie mogliśmy się doprosić, by ktoś się nami zajął. W końcu zlitowała się nad nami pani z biura serwisu i wysłała kogoś po pasek. Trwało to wiele godzin i mimo, że byliśmy blisko W-wy koncertu nie zagraliśmy. Zaczęło zmierzchać, gdy wyjechaliśmy z warsztatu. Przed wyjazdem powiedzieliśmy mechanikowi, że cos hałasuje pod maską. Powiedziano nam, że mamy spokojnie jechać, ale wózek jest juz stary i będziemy mieć szczęście, gdy uda nam się dojechać do Gorzowa. Szczęścia chyba zabrakło, bo kilka km dalej zrywa się drugi pasek. Błagamy, by ktoś z serwisu podjechał. W końcu ulegli. Musimy wezwać drugą lawetę i w nocy wracamy… do serwisu. Słyszymy, że jutro o pierwszej mamy przyjść, a teraz pa, pa. Teraz na scenę wkracza nieznany nam wcześniej Rysiek. Zawiózł nas do niego niesamowicie przyjazny Zbyszek od ubezpieczeń. U niego się ubezpieczyłem. Okazało się, że mieszka w tym mieście! Jesteśmy bardzo zmęczeni i głodni i nie wiemy co ze sobą zrobić, gdy dzwoni Zbyszek i mówi, że zajmie się nami. Od tej chwili nastąpiła zmiana. Zaczęliśmy doświadczać nieba (w przeciwieństwie do tego co działo się w warsztacie). Pojechaliśmy do Ryśka. Zrobił nam super kolację, opowiedział swoją historią z Jezusem (hm, nieprzeciętna). Zamieszkaliśmy u niego. Na pięć kolejnych dni. Rysiek zatroszczył się o nas nieprzeciętnie. Karmił nas, zawoził do muzeów, do kina itp.!!! Uprzyjemniał nam czas i modlił się razem z nami.  W niedzielę zabrano nas na nabo do wspólnoty z Konstantynowa, której nie znaliśmy i tam razem z Piotrem opowiadaliśmy świadectwa i zachęcaliśmy wierzących. To był bardzo cenny czas. Bóg używał dwóch koczujących w Łodzi muzykantów. Trudno to opisać. A w warsztacie? Trafiałem codziennie na innego doradcę i zawsze od nowa opowiadałem, co się wydarzyło. Bezskutecznie. W końcu trafiła się pan Mirek. Wziął się za nasz wóz i szóstego (!) dnia opuściliśmy Łódź.  Kosz naprawy i tego wyjazdu był dla nas wysoki, ale pojawili się ludzie, którzy wsparli nas finansowo, aby zredukować ciężar tej historyjki, a inni sie modlili. To, co diabeł zaplanował jako porażkę, Pan Jezus zamienił na świadectwo Jego opieki nad nami!

Wszystkim, których Bóg użył w tej historii, aby nam pomóc-nasz szacunek i miłość. Szczególna wdzięczność i szacun dla naszego wielkiego Boga.

Dodaj komentarz

*
To prove you're a person (not a spam script), type the security word shown in the picture. Click on the picture to hear an audio file of the word.
Click to hear an audio file of the anti-spam word