Łasin i Grudziądz

Zagraliśmy na dniach Łasina. Po przyjeździe-niespodzianka. Podchodzi do nas sympatyczny gitarzysta z zespołu N.O.C., przedstawia się i podaje nam info, że przed chwilą spaliła się linia odsłuchowa i odsłuchów nie będzie. Mocsquad musi mieć odsłuchy, bo gramy z bębniarzem z laptopa i musimy go słyszeć w zasadzie. Miły człowiek zapewnia, że zrobi wszystko, abyśmy zagrali. Pomimo czarnego scenariusza, który nieproszony pojawił się w naszych głowach postanowiliśmy zaufać miłemu panu. Rozwinęliśmy się i rozpoczęliśmy przekaz słowno-muzyczny. Graliśmy w osłabieniu, gdyż nasz ukochany saxogłos – Grzegorz – poległ w walce z grypą. Zadzwoniłem do niego dzień przed imprezą, ale gdy powiedział, że od grypy drętwieją mu ręce – poddałem się. Z drętwymi ziomkami nie gramy. Grześ został w domu, ale bez niego trochę drętwo jednak było. Odsłuch z pieca gitarowego to szczególne drętwe doznanie. Kola za to drętwy nie był, a nawet cokolwiek pobudzony. Rapował o Łasinie, a ten, na pochwały łasy, rozkręcił się znacznie. Obok sceny rozdawana była grochówka. Ludziska słuchali przekazu Koli o Panu, wciągali smaczną ciecz grochową, popijali to wszystko piwem, zaciągali dymem z fajek, ale słuchali z uwagą. Niektórzy wyglądali na zaskoczonych, ale w czasie fristajli dobrze się bawili. Po akcji Piotr zniknął, bo wypatrzył motocyklistów. Odnaleźliśmy go, zapakowaliśmy i wywieźliśmy:)
Następnego dnia spotkanie w Grudziądzu. Tam przede wszystkim mówiliśmy: nasze świadectwa i Wojt dzielił się Słowem. Mocsquad: twór słowno-muzyczny pozdrawia
